sobota, 31 grudnia 2011

All my colours...

No i jest. Nadszedł. Przybył niepostrzeżenie, bez szumu, patosu, poklasku i owacji na stojąco. Skromny, szary, ze słońcem przebijającym przez zachmurzoną facjatę. Ostatni dzień. Spokojnie, to tylko ostatni dzień Roku 2011, a nie ten Sądny. Dobrze- jest jeszcze sporo do zrobienia.
Niektórzy czekali na ten moment z niecierpliwością, by w uroczystych strojach, w szampańskim, beztroskim nastroju, w gronie przyjaciół lub może na balowej sali, bawić się i z radością witać to, co nadejdzie. Inni również czekali- ale po to, by znietrzeźwić się do nieprzytomności, potem chwalić się, ile mogą wypić, jaka to wydolna jest ich wątroba ( a jaka głupia głowa - nie mogłam się oprzeć, wybaczcie ten komentarz odautorski) i bezrefleksyjnie szaleć, bo przecież w ten dzień można bezkarnie. Jeszcze inni z pełną powagą czynią rachunek sumienia, sporządzają bilans strat i zysków (celowo "straty" na miejscu pierwszym- pesymistycznym i dosyć samokrytycznym narodem jesteśmy) oraz z zadumą wspominają wydarzenia ostatnich 365. dni.

Cóż, ja nie zamierzam składać w tym miejscu życzeń, nie tylko dlatego, że czytelników tego bloga mogę policzyć na palcach jednej ręki, lecz dlatego, że życzenia często emanują hipokryzją. Dla mnie są one raczej organicznie- już w swej naturze- nieszczere. Są według mnie taką swoistą projekcją naszych własnych pragnień, zamysłów i pobożnych życzeń wypowiedzianych przy użyciu 2 osoby liczby pojedynczej.

Więc życzę SOBIE : jeszcze więcej wiary (Panie, przymnóż ! ), niedzielenia włosa na czworo, niezaprzepaszczania największego daru jakim jest czas, zamiany postawy perfekcjonistycznej na postawę "staram się-jak-MOGĘ", silnej woli oraz motywacji.
Całą resztę mam- dostałam od Niego. Muszę tylko nauczyć się z tą spuścizną efektywnie współpracować.



"Mapa wspomnień i krętych dróg szkielet utwardza mi,
W klatce z kości mięsień wiotki pulsuje, przyspiesza rytm"















poniedziałek, 14 listopada 2011

Creatio

Po pierwsze - widzieć. Po drugie- słyszeć. Po trzecie- dotykać. Po czwarte- czuć. Po piąte- smakować.
Po szóste ? Przeczuwać ?

Chodzić, biegać, przewracać się, budzić się, zasypiać, wstawać, wzrastać, rozwijać się,  naśladować, poznawać, myśleć, doświadczać, uczyć się, edukować się, kształcić, rozmawiać, słuchać, polemizować, tworzyć, produkować, pracować, relaksować się, śpiewać, grać, muzykować,  tańczyć, malować, rzeźbić, wyklejać, wędkować, polować, spacerować, gotować, czytać, zarabiać, wydawać, kupować, budować, przyjaźnić się, podziwiać, adorować, flirtować,  kochać, ufać, szanować, dawać, ofiarować, brać, czerpać, trwać, planować, kosztować, odkrywać, konstytuować, odpoczywać, żartować, prosić, przepraszać, dziękować. Być. Żyć.

Co daję nam tę siłę ? Adrenalina, noradrenalina, serotonina, dopamina, oksytocyna czy Boże tchnienie ŻYCIA?  Życia,  w którym w odróżnieniu od istnienia,  zadane jest bycie.





sobota, 5 listopada 2011

Urban jungle

Jak bardzo jestem rada, że powoli degraduję w sobie poczucie presji społecznej. Myślę, a raczej wiem, iż nie da się jej doprowadzić do poziomu zerowego. Ale na przestrzeni ostatnich kilku lat silnie zmieniła się moja optyka. Może to dosyć banalne wnioski : jednostka ludzka nie jest warta tyle, ile wnosi do społeczeństwa. Bo potrzebny, w utylitarnym spojrzeniu na sprawę, jest każdy : piekarz, dekarz, brukarz, lekarz, dziennikarz, aptekarz, matematyk, dietetyk, teolog, psycholog, biolog. Każdy element, człon jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania misternej machiny organizmu zbiorowości. Lecz niestety nie każdego traktuje się równo. Hierarchie wszechobecne są w kulturze od zarania dziejów.  Jednych szanuję się bardziej, innych mniej, ostatnimi pomiata. Prestiż, poklask, rozgłos, nie wspominając o wysokich wpływach finansowych to coś, do czego dąży wielu za nas. Nawet podświadomie. I nie chcę nazywać tych ludzi bezwartościową i beznamiętną masą. Taką mamy kulturę, to nasi dziadkowie oraz rodzice wpajali nam od najmłodszych lat." Rób tak, aby się liczyć..."

Dla mnie człowiek jest realnie tym, kim się czuje. Jeśli postępuje zgodnie ze swoim sumieniem, zachowuje twardy szkielet uformowany na własnej moralności, odnajduje się w tym, czym się zajmuje, ma pasję, wiarę oraz energie życiową jest najwyższą wartością dla społeczeństwa. Dziękuję Panu, że obdarował mnie takim zdrowym egocentryzmem. Polega on na tym, że będąc w danej zbiorowości staram się nie osądzać i nie wartościować jej jednostek. Idąc przez życie, wpatruję się w siebie, postępuje zgodnie ze sobą, swym etosem, kształtuję siebie zgodnie z własnym rytmem i wsłuchuję w potrzeby ducha. Moim zdaniem, życie formowane w ten sposób może stać się kiedyś najcenniejszym skarbem.



"Przecież człowiek nie jest swoim imieniem! Nie jest swoim zawodem. Nie jest domem, który ma nad morzem. Jeśli więc nauczymy się umierać za życia, tak jak mędrcy z przeszłości, wtedy pójdziemy na spotkanie ze śmiercią z ogromną ciekawością (...)"  
fragment artykułu "Dopełnieni", Zwierciadło,
                                                                                                                                      listopad 2011


Na koniec postu mała andegotka w postaci dialogu :

Babcia: I co, Marcin dzwonił ? Jak mu tam w tej Holandii?
Ja : Dobrze, w końcu. Dostał pełen etat, samochód służbowy, tylko mówił, że ludzie mieszkający z nim w domu są jacyś dziwni .
Babcia : Dziwni ? Może dlatego, że są inni niż on...












sobota, 29 października 2011

Coffee? Haeven ?

Gdybym zaczęła prowadzić tego bloga 5 lat temu, zapewne zaczęłabym od grzecznego przywitania z wyimaginowanymi czytelnikami oraz całkiem zgrabnej litanii, w której to milionem cech próbowałabym opisać swoją osobę. Myślałabym, że taki dokładny, subiektywny (bo jakże inaczej) opis mojego charakteru wynosi mnie na wyżyny samoświadomości, o której- już teraz to wiem- wtedy nie miałam najbledszego pojęcia. 
Gdybym zaczęła prowadzić tego bloga jakieś 2 lata temu, wstępny post traktowałby pewnie o szarości kroczenia po ziemskim padole, bólu niespełnionej, jednostronnej- więc romantycznej- miłości. Ochoczo przytaczałabym pewnie dzieła dekadentów i pisała jak to niesamowicie byłoby siedzieć w zadymionej kawiarence, gdzie panował inny rytm życia i bycia, rozmawiając bez ustanku o sztuce i kwestionując normy społeczne. Cytowałabym fragmenty na kształt ks. Twardowskiego : " (...)chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć (...)", co skąd inąd do dzisiaj uważam za aktualne. 
Pragnęłabym pisać pod linijkę, od szablonu, w systemie jaki sama stworzyłam. Układać nienaturalnie, pod presją samej siebie, próbować porządkować, planować i odmierzać, co do milimetra. Ta choroba nazywa się perfekcjonizm. Tak, gorset perfekcjonizmu zniszczył parę ładnych lat. Ale teraz nadrabiam pełną piersią.
Dzisiaj?
Dzisiaj myślę, że już jestem w końcu sobą, całkiem zintegrowaną. Powoli pnę się do góry po szczeblach drabiny zwanej samoakceptacją. Godzę się ze sobą. Aż za bardzo. Często pobłażam. Ale dalej pracuję. Tak jest lepiej, bezpieczniej, co najważniejsze- zdrowiej.

***

Gdy siedzę w kawiarni nad pokaźnym kubkiem chocolate caramel macchiato, odczuwam bezcenny spokój. Świat się na chwilę zatrzymuje. Mój świat.
Tu czuję swój artyzm, nie dzieje się to często w codziennym zabieganiu. Lecz są chwile, kiedy przepływa on przeze mnie jak łuna energii pochodząca z bliżej nieokreślonego źródła. Energia owa bombarduje moją emocjonalność milionem bodźców, łechcze z czułością ośrodek wrażliwości estetycznej. I dzisiejsza kawa: autodestrukcja w słodkim syropie o smaku karmelu; na górze bita śmietana oblana niepokojącą, acz niezwykle frapującą nutką dekadencji. W tej mojej samotności przy kawie rodzi się siła sprawcza. Bo dla mnie, być ze sobą sam na sam, właśnie przy kawie, to szczyt autoszczerości i wkroczenie na poziom intymności najwyższy z możliwych. Bezczelność. Słodka bezczelność. 
Niespełniony artyzm, pragnienie twórczego płodzenia to chyba jedna z moich największych tęsknot i łechcących umysł oraz serce pożądliwości. Co począć? Co zrobić z tym fantem? 
Mianowanie siebie samego "artystą" to w moim mniemaniu skrajna bezczelność. Nazywanie siebie "artystyczną duszą"- skrajny banał i tani chwyt na "dziecko szukające we mgle drogi do domu". Mówienie zaś o doskwierającym głodzie twórczości to jawne, głośne wołanie pod niebiosa o wenę. By w końcu zamknąć swe myśli, potok emocji, tańczących w galaktycznym korowodzie słów w zgrabnej, lecz twardej, zdecydowanej formie.

czwartek, 27 października 2011

Dr Legend

Może zmieniać się moja postawa wobec świata, charakter ewoluować, osobowość wkraczać na wyższy poziom świadomości, rodzaj słuchanej muzyki zmienić się o 180 stopni, przeobrażać moja optyka społeczna, wreszcie może zmieniać się moda (która w tym przypadku wybitnie nie jest pożądaną kategorią)- w tych butach zawsze będę czuć się wyjątkowo ! Doc Martens wymyślił i opatentował obuwie z poduszką powietrzną na pięcie. Pierwszy model wypuszczony na rynek w 1960 roku. Szybko stały się symbolem przynależności subkulturowej. Teraz ikona. Legenda. Przed Państwem Martensy : 












Powyższe, białe cuda to mój najnowszy nabytek. Dziarsko próbuję rozchodzić i z dumą noszę zadrapania i odciski na stopach.