No i jest. Nadszedł. Przybył niepostrzeżenie, bez szumu, patosu, poklasku i owacji na stojąco. Skromny, szary, ze słońcem przebijającym przez zachmurzoną facjatę. Ostatni dzień. Spokojnie, to tylko ostatni dzień Roku 2011, a nie ten Sądny. Dobrze- jest jeszcze sporo do zrobienia.
Niektórzy czekali na ten moment z niecierpliwością, by w uroczystych strojach, w szampańskim, beztroskim nastroju, w gronie przyjaciół lub może na balowej sali, bawić się i z radością witać to, co nadejdzie. Inni również czekali- ale po to, by znietrzeźwić się do nieprzytomności, potem chwalić się, ile mogą wypić, jaka to wydolna jest ich wątroba ( a jaka głupia głowa - nie mogłam się oprzeć, wybaczcie ten komentarz odautorski) i bezrefleksyjnie szaleć, bo przecież w ten dzień można bezkarnie. Jeszcze inni z pełną powagą czynią rachunek sumienia, sporządzają bilans strat i zysków (celowo "straty" na miejscu pierwszym- pesymistycznym i dosyć samokrytycznym narodem jesteśmy) oraz z zadumą wspominają wydarzenia ostatnich 365. dni.
Cóż, ja nie zamierzam składać w tym miejscu życzeń, nie tylko dlatego, że czytelników tego bloga mogę policzyć na palcach jednej ręki, lecz dlatego, że życzenia często emanują hipokryzją. Dla mnie są one raczej organicznie- już w swej naturze- nieszczere. Są według mnie taką swoistą projekcją naszych własnych pragnień, zamysłów i pobożnych życzeń wypowiedzianych przy użyciu 2 osoby liczby pojedynczej.
Więc życzę SOBIE : jeszcze więcej wiary (Panie, przymnóż ! ), niedzielenia włosa na czworo, niezaprzepaszczania największego daru jakim jest czas, zamiany postawy perfekcjonistycznej na postawę "staram się-jak-MOGĘ", silnej woli oraz motywacji.
Całą resztę mam- dostałam od Niego. Muszę tylko nauczyć się z tą spuścizną efektywnie współpracować.
"Mapa wspomnień i krętych dróg szkielet utwardza mi,
W klatce z kości mięsień wiotki pulsuje, przyspiesza rytm"


