Gdybym zaczęła prowadzić tego bloga 5 lat temu, zapewne zaczęłabym od grzecznego przywitania z wyimaginowanymi czytelnikami oraz całkiem zgrabnej litanii, w której to milionem cech próbowałabym opisać swoją osobę. Myślałabym, że taki dokładny, subiektywny (bo jakże inaczej) opis mojego charakteru wynosi mnie na wyżyny samoświadomości, o której- już teraz to wiem- wtedy nie miałam najbledszego pojęcia.
Gdybym zaczęła prowadzić tego bloga jakieś 2 lata temu, wstępny post traktowałby pewnie o szarości kroczenia po ziemskim padole, bólu niespełnionej, jednostronnej- więc romantycznej- miłości. Ochoczo przytaczałabym pewnie dzieła dekadentów i pisała jak to niesamowicie byłoby siedzieć w zadymionej kawiarence, gdzie panował inny rytm życia i bycia, rozmawiając bez ustanku o sztuce i kwestionując normy społeczne. Cytowałabym fragmenty na kształt ks. Twardowskiego : " (...)chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć (...)", co skąd inąd do dzisiaj uważam za aktualne.
Pragnęłabym pisać pod linijkę, od szablonu, w systemie jaki sama stworzyłam. Układać nienaturalnie, pod presją samej siebie, próbować porządkować, planować i odmierzać, co do milimetra. Ta choroba nazywa się perfekcjonizm. Tak, gorset perfekcjonizmu zniszczył parę ładnych lat. Ale teraz nadrabiam pełną piersią.
Dzisiaj?
Dzisiaj myślę, że już jestem w końcu sobą, całkiem zintegrowaną. Powoli pnę się do góry po szczeblach drabiny zwanej samoakceptacją. Godzę się ze sobą. Aż za bardzo. Często pobłażam. Ale dalej pracuję. Tak jest lepiej, bezpieczniej, co najważniejsze- zdrowiej.
***
Gdy siedzę w kawiarni nad pokaźnym kubkiem chocolate caramel macchiato, odczuwam bezcenny spokój. Świat się na chwilę zatrzymuje. Mój świat.
Tu czuję swój artyzm, nie dzieje się to często w codziennym zabieganiu. Lecz są chwile, kiedy przepływa on przeze mnie jak łuna energii pochodząca z bliżej nieokreślonego źródła. Energia owa bombarduje moją emocjonalność milionem bodźców, łechcze z czułością ośrodek wrażliwości estetycznej. I dzisiejsza kawa: autodestrukcja w słodkim syropie o smaku karmelu; na górze bita śmietana oblana niepokojącą, acz niezwykle frapującą nutką dekadencji. W tej mojej samotności przy kawie rodzi się siła sprawcza. Bo dla mnie, być ze sobą sam na sam, właśnie przy kawie, to szczyt autoszczerości i wkroczenie na poziom intymności najwyższy z możliwych. Bezczelność. Słodka bezczelność.
Niespełniony artyzm, pragnienie twórczego płodzenia to chyba jedna z moich największych tęsknot i łechcących umysł oraz serce pożądliwości. Co począć? Co zrobić z tym fantem?
Mianowanie siebie samego "artystą" to w moim mniemaniu skrajna bezczelność. Nazywanie siebie "artystyczną duszą"- skrajny banał i tani chwyt na "dziecko szukające we mgle drogi do domu". Mówienie zaś o doskwierającym głodzie twórczości to jawne, głośne wołanie pod niebiosa o wenę. By w końcu zamknąć swe myśli, potok emocji, tańczących w galaktycznym korowodzie słów w zgrabnej, lecz twardej, zdecydowanej formie.


















